środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział 49

Zayn
Czekaliśmy która z drużyn przybiegnie jako pierwsza, kiedy nagle zobaczyłem jak ciało Des zderza się z ziemią.
-Des!-krzyknąłem, a jaj drużyna, Katherina i Anna popatrzyły w kierunku leżącej dziewczyny. Nie interesowało mnie to która drużyna wygra, jak najszybciej pobiegłem w stronę Des. Moje ruchy skopiował Oscar. Ostrożnie obróciłem dziewczynę, a ona leżała nieprzytomna. Serce od razu podskoczyło mi do gardła. OBY JEJ SIĘ NIC NIE STAŁO! Zacząłem lekko potrząsać jej ramiona
-Des, Des słyszysz mnie? Des obudź się!-mówiłem, a mój głos można było przybliżyć do błagalnego tonu. Dziewczyna ani drgnęła.
-Musimy wezwać pogotowie!-powiedział Oscar, a po chwili wszyscy znaleźli się wokół nas. Przyjaciółka Des kucnęła obok mnie i również mówiła do dziewczyny.
-Przecież karetka tu nie wyjedzie, jak mamy ją stąd znieść?-zapytała Victoria.
-Damy rade.-zapewnił ją Oscar. Ja na pewno dam radę.
-Jej noga się zaplątała w to-odezwała się Samanta, pokazując na jakieś przylepne, zielone łodygi i liście. Des dalej nie odzyskała przytomności ,a to nie wróżyło nic dobrego.
-Pogotowie już jedzie-powiedział Oscar wkładając telefon do kieszeni-Ale musimy ją stąd zabrać-dodał. Nie mogę nawet opisać tego jak cholernie się o nią bałem. Przecież nie tak dawno była w szpitalu z podejrzeniem wstrząsu mózgu. Louis mnie zapierdoli. Miałem jej pilnować.
Jedynym szczęściem, w tym wszystkim było to ,że wschodni brzeg tej góry nie był taki stromy jak pozostałe i jedyna opcja to wybranie tamtej drogi.
-Ja ją stąd zniosę-powiedziałem twardo i delikatnie włożyłem dłonie pod kolana i pod kręgosłup dziewczyny unosząc ją. Nie była ciężka wiec nie było problemów. Wszyscy z zaciekawieniem przyglądali się całemu zajściu i nawet zjawiły się kolejne grupy.
-Zayn sam nie dasz rady jej znieść po tym zboczu, ja pójdę przed tobą i w razie czego będę was łapał-powiedział Oscar i wyminąwszy mnie zaczął schodzić z góry. Zerkałem co jakiś czas na Des, czy aby przypadkiem się nie ocknęła ale nic z tego. Martwiłem się coraz bardziej i wiedziałem, że musi znaleźć się w szpitalu jak najszybciej. Ostrożnie zacząłem schodzić z góry. Myślałem tylko o tym, aby nie upaść i aby nie wypuścić z rąk tej pięknej dziewczyny. Zejście zajęło sporo czasu ale się udało. Kiedy było już płasko usłyszeliśmy wycie karetki. Oscar pobiegł w tamtym kierunku, aby sprowadzić ich na miejsce ,a ja ostrożnie położyłem Des na trawie. Ratownicy przybiegli i przenieśli ją na nosze i zaczęli ją badać na szybko oraz coś do siebie mówić.
-Czy ja mogę jechać?-spytałem po chwili.
-Nie, w karetce jest miejsce na jedną osobę-odpowiedział mi straszy facet i zabrali Des, po czym odjechali na sygnale.
-I co z nią?-usłyszałem głos Anny, wszyscy już zeszli na dół,
-Co z Des!?-zapytali równo jej trójka przyjaciół.
-Nie wiem zabrali ją do najbliższego szpitala w okolicy. Jadę tam.-powiedziałem.
-My też-odezwała się Victoria.
-Nie. Wy musicie tutaj zostać. Macie jeszcze jeden dzień wycieczki, ja jadę do szpitala , muszę zawiadomić matkę Des.-powiedziałem ostro.
-To nasz przyjaciółka.-zaczęła protestować.
-Nie możecie opuścić wycieczki.-warknąłem.
-Zawiozę cie Zayn-zaproponował Oscar. Nie miałem innego transportu, a wkurwiał mnie fakt, że on też będzie w szpitalu. Zauważyłem, że Des mu się podoba, ale to nie powinno mnie dziwić.
-Dobra, chodźmy-powiedziałem i nie czekałam na to co kto ma do powiedzenia. Razem z Oscarem ruszyliśmy biegiem do motelu.
---
Siedzieliśmy godzinę  na korytarzu czekając aż lekarz wyjdzie z sali. Co oni tam tyle robią?!
Matka Des już jest w drodze do szpitala, ale nie pojawi się tutaj jakoś szybko, no chyba ,że weźmie samolot...
Bawiłem się palcami aby jakoś zabić to czekanie. Oscar podniósł się z krzesła.
-Chcesz coś do picia?-spytał, a ja pokręciłem głową w odpowiedzi i wlepiłem wzrok w podłogę z linoleum.
Kurwa. Tak szkoda mi tej dziewczyny. Najpierw jej kolega wysłał ją do szpitala, potem ten popierdolony facet ją napadł, a teraz jest w szpitalu. Co ona takiego zrobiła, że ma pecha?
Nagle drzwi od jej sali się otworzyły ,a z nich wyszedł lekarz. Od razu podniosłem się z krzesła.
-I co z nią?-zapytałem zdenerwowany.
-Pan jest krewnym?-spytał lekarz.
-Nie, ale jetem jej wychowawcą w szkole.-odpowiedziałem.
-No cóż, w takim razie proszę do gabinetu-powiedział doktor , a ja ruszyłem za nim.-Proszę usiąść-wskazał na niebieskie krzesło. Zrobiłem co kazał i on sam zajął miejsce na przeciw mnie.
-Jak doszło do wypadku?-zapytał lekarz.
-Z tego co widziałem i wiem, noga Des zaplątała się ,a gdy ona chciała ruszyć i biec upadła na ziemie. Potem już była nieprzytomna.
-No dobrze. Nie stało jej się nic poważnego, jedynie ma stłuczoną lewą rękę i delikatnie rozciętą skórę głowy tuż pod linią włosów. Nie ma wstrząśnienia mózgu, ani stłuczenia mózgu, jest jedynie kilka siniaków. Prawdopodobnie powodem jej omdlenia było zbyt niskie ciśnienie krwi i domyślam się, że ona czymś była zestresowana, o czym myślała, o czymś niepokojącym.-od razu do głowy przyszedł mi wieczorny incydent.
-A kiedy będzie mogła wyjść?
-Musimy trzymać ją na obserwacji do jutra.
-Na pewno wszystko jest dobrze? Długo była nieprzytomna.
-Owszem, ale to tak jak mówię, jakiś stres i zbyt niskie ciśnienie tym pokierowały, w dodatku wysiłek fizyczny też zrobił swoje.
-Rozumiem, a czy można do niej wejść?-spytałem.
-Jeszcze nie teraz, teraz śpi. Myślę ,że za godzinę, gdy się wszystko unormuje.
-Dobrze, dziękuje za informacje-wystawiłem rękę, a on ją uścisnął.
-Proszę się nie obawiać. I jeżeli przyjdzie matka dziewczyny niech natychmiast do mnie przyjdzie.
-Dobrze-odpowiedziałem i opuściłem gabinet lekarza udając się na moje wcześniejsze miejsce. Oscar wrócił z kubkiem czegoś gorącego i gdy mnie zobaczył zareagował podobnie do mnie.
-Co z nią? Wiadomo coś?-chciałem mu odpowiedzieć, żeby się nie interesował, ale wiedziałem, że to nie czas i miejsce.
-Wszystko jest okej, poza tym, że ma niskie ciśnienie i kilka siniaków.
-A można ją odwiedzić?-spytał, a ja od razu poczułem zjeżone włoski na moim ciele. A on tam po chuj?!
-Nie, lekarz nie wyraził zgody-powiedziałem sucho. Zobaczyłem jak Oscar idzie pod sale Des i zatrzymuje się przy szybie. Zmrużyłem oczy, wcale mi się to nie podobało, a wiedziałem, że muszę się opanować.
Oscar
Des jest niezwykle piękną kobietą. Piękną ale też intrygującą, może czasem irytującą, ale bardzo pociągającą. Kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz modliłem się o to aby być jej opiekunem i na szczęście moje modlitwy zostały wysłuchane. Przez pierwszy dzień dobrze nam się rozmawiało, a potem coś się stało. Nie mam pojęcia co i to właśnie mnie denerwuje. Nie wiem czy ja zrobiłem coś złego, powiedziałem coś co mogło ją urazić, że odnosiła się do mnie zimno? Cholera muszę z nią porozmawiać, mam nadzieję, że lekarz pozwoli do niej wejść. Muszę zdobyć jej numer telefonu. Spodobała mi się i nie odpuszczę, muszę mieć z nią kontakt kiedy ich wycieczka się skończy. Od samego początku miałem nadzieje na jakąś randkę, na rozmowy, spacery, może kiedyś pocałunki. Tak dawno nie miałem dziewczyny, tak długo zajęło wyleczenie się z poprzedniego nieudanego związku, ale myślę, że dla niej warto byłoby zaryzykować. Moje serce będzie ponownie złamane jeśli ona mi odmówi, jeśli się odsunie ode mnie odwróci i pójdzie w swoją stronę.
Przecież uśmiechała się do mnie gdy mnie zobaczyła, rozmawiała, powiedziała, że mnie polubiła. Nie mogę być jej obojętny. Patrzyła na mnie tak samo jak ja patrzyłem na nią. Z zaciekawieniem i fascynacją, a przynajmniej ja to tak odebrałem. Gapiłem się w szybę już jakiś czas, ona spała spokojnie. Obserwowałem jej unoszącą się klatkę piersiową i obserwowałem jak maszyny mierzą jej tętno. Martwiłem się tak samo jak wszyscy aby nic jej się nie stało. Jeszcze Zayn. Ja chciałem ją uratować ale on wepchnął mi się w kolejkę. Widziałem jak na nią patrzył. Nie wiem czy dobrze myślę, czy nie, ale on tak samo jest zainteresowany Des, ona jemu się podoba. Ale nie wierze w to ,że będzie go chciała, starszego i w dodatku nauczyciela, dlatego
nim się nie przejmuje, gorzej z tym Rickiem. Widziałem, jak dobrze się dogadują. A może to tylko i wyłącznie przyjaciel? Po chwili usłyszałem jakieś krzyki i wyłapałem z nich ,że chodzi o Des. Odwróciłem się ,a jakaś kobieta stała w momencie przy Zayn'ie.
-Gdzie Des!?-zapytała roztrzęsiona. Postanowiłem tam podejść.
Zayn
Zobaczyłem jak do środka wbiega matka Des. Była cała zdenerwowana. Gdy mnie ujrzała przybiegła do mnie.
-Gdzie Des?!-spytała.
-W tamtej sali, ale jeszcze nie można jej odwiedzać.-powiedziałem pokazując na sale.
-Ale czy stało się coś poważnego?-spytała ponownie.
-Nie, jest w porządku z wyjątkiem jej niskiego ciśnienia, proszę się uspokoić, za niedługo wejdzie pani do Des-powiedziałem.
-Dziękuje Zayn, że byłeś w pobliżu, że ją uratowałeś-mówiła i delikatnie się do mnie przytuliła. Pogłaskałem ją po plecach. Przecież w końcu to matka mojego najlepszego kumpla. No właśnie, trzeba mu powiedzieć.
-Lekarz prosił aby pani do niego poszła.
-Nie, ja najpierw muszę zobaczyć córkę, później będę gadać z lekarzem.-powiedziała i podeszła pod szybę. Zorientowałem się, że obok nas cały czas stał Oscar.
-Znasz jej matkę?-spytał zdziwiony.
-Tak, to również matka mojego kumpla, brata Des-odpowiedziałem, a ten pokiwał głową na znak ,że rozumie.
-Pani Tomlinson?-spytał lekarz.
-Tak to ja.-odpowiedziała.
-Może pani pójść ze mną?
-Chciałabym najpierw zobaczyć i przywitać się córką, doktorze, czy mogę wejść?
-No cóż, widzę ,że Des zaczyna się budzić, można wejść, ale jak najszybciej proszę aby pani przyszła do mnie.-powiedział doktor i odszedł. Spojrzałem na sale dziewczyny. Rzeczywiście się obudziła. Na czole po lewej stronie miała zlepiony mały plasterek i jej rękę otaczał biały bandaż. Pani Eva od razu weszła do środka, a Des posłała jej słaby uśmiech. Chciała się podnieść, ale po ruchach pani Tomlinson wywnioskowałem, że jej tego zabroniła. Złożyła na czole córki pocałunek i usiadła na krześle chwytając za rękę. Rozmawiały o czymś , nie chciałem im przeszkadzać więc odszedłem parę kroków.
-Myślisz, że będziemy mogli wejść?-spytał Oscar. Nie ty nie będziesz mógł!
-Nie wiem-odpowiedziałem. Ten nic się nie odezwał. Po chwili z sali wyszła mama Des.
-Zayn proszę wejdź do niej na chwile , ja zaraz wrócę tylko porozmawiam z lekarzem.
-Jasne-zgodziłem się do razu i pukając wszedłem do środka.
-Cześć-powiedziałem uśmiechając się. Ona patrzyła na mnie chwile nie odzywając się.
-Wyjdź stąd Zayn.-nie spodziewałem się tych słów.
___________________________________________________________________________
Kochane w ramach moich ostatnich wybryków dodaję rozdział wam już dzisiaj i muszę powiedzieć, że:
JESTEM BARDZO MILE ZASKOCZONA! LICZBĄ KOMENTARZY POD POPRZEDNIM ROZDZIAŁEM!
OBY ZAWSZE TAK BYŁO, BO TO DAŁO MI KOPA DO NAPISANIA TEGO ROZDZIAŁU!
(mimo, że nie jest jakiś szczególny)

Kocham was moje serduszka najlepsze ♥
 a wy mnie kochacie :)?


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 48

-Hej, Des, co ty dzisiaj taka markotna? Gdzie ta chęć działania?-spytał i objął mnie ramieniem. Od razu całe moje ciało się spięło. odsunęłam się delikatnie, tak aby odległość między nami pozwoliła na opadniecie jego ręki. Zmarszczył brwi, a ja zwiesiłam głowę w dół.
 To nie to co dotyk Zayn'a.
-Coś się stało?-spytał.
-Po prostu dziwnie się czuje.-powiedziałam cicho.
-Powiedz prawdę-rozkazał. A ja uniosłam głowę. Oh..w jednym momencie stał się twardy i jego wyraz twarzy był dosyć groźny.
-To jest prawdą Oscar.-szepnęłam znowu.
-Wiem kiedy ludzie kłamią Des, pracuję z nimi.-znowu mówił zimno i oschle.
-W takim razie ja nie chcę mówić prawdy.-odparłam tak samo oschle, a przynajmniej tak chciałam. Spojrzałam na niego przelotnie i zauważyłam jak zmarszczył czoło.
-Des jeżeli jest coś co stało się tutaj musisz mi o tym powiedzieć, jestem waszym opiekunem.-przypomniał.
-Wiem, ale zrozum, że ja nie chcę o tym mówić, nie potrzebuje o tym opowiadać.
-Nalegam.
-Oscar ,nie. Powinieneś iść przodem w końcu jesteś naszym opiekunem-powiedziałam poważnie. Ponownie zmarszczył czoło ale odpuścił i odszedł na przód naszej wędrującej ekipy. Świetnie, niech się on jeszcze na mnie będzie złościł...
 Aż do miejsca startu szłam sama z tyłu. Nie przeszkadzało mi to, chciałam mieć chwile samotności, chwile spokoju, nie mogłam doczekać się wyjazdu z tego miejsca.
-Dobrze, tak jak mówiłyśmy wcześniej, wyruszamy z tego miejsca. Każda grupa wybrała zapewne już swojego przedstawiciela więc proszę ich o podejście tutaj do nas-zabrała głos pani Stewart. Jedna osoba z każdej grupy stanęła na środku, a nauczyciele tłumaczyli im to co mieli im wytłumaczyć. Przygryzałam wargę by mieć jakiekolwiek zajęcie i mimowolnie spojrzałam w kierunku Zayn'a. On również spoglądał na mnie.
Obiecałam mu ,że  nie będę smutna, a nie dotrzymuje słowa. Może to się źle dla mnie skończyć, bo on powie mojej matce... Posłałam mu sztuczny uśmiech, ale on ani drgnął. Pewnie domyśli się, że to było fałszywe, no bo kto by się nie domyślił?
-Dobra mam wszytko podejdźcie tu-oznajmił Bill który już wrócił.-Dali każdej grupie mapę i każda grupa pokonuje inną drogę, ale wszystkie prowadzą do jednego miejsca, tego-i wskazał na punkt oznaczony żółtą literką "x".-Wymyślili ,żebyśmy nie oszukiwali i mamy zegarek z takim jakby chipem, który wskazuje nasze miejsce pobytu, to znaczy ,że mamy cały czas iść zieloną drogą. Nasza mapa jest czerwona z tyłu-pokazał-więc co jakiś czas będą czerwone symbole, które utwierdzą nas w tym ,że idziemy dobrą drogą. Podobno mogą nas spotkać jakieś małe przeszkody, które trzeba pokonać w jak najszybszym czasie, bo kto pierwszy ten wygrywa to co jest schowane w jakimś kuferku. Dobra za dwie minuty podobno mamy wyruszać-zakończył Bill i wszyscy oprócz mnie skupili się na czytaniu mapy. Oscar popatrzył się na nas, a wzrok jego utkwił konkretnie na mnie. Widać, że jest zły, ale nich zrozumie, że nie mogę mu powiedzieć, nawet jeśli jest tym pierdolonym moim opiekunem. Kurwa. Ludzie. To. Mnie. Wkurwiają!
Odwrócił wzrok.
-Wiecie, że musicie iść beze mnie?-zapytał.
-Jak to?-spytał Steven.
-Ja będę w raz z nimi na miejscu mety. Pamiętajcie, że wygrana jest wtedy kiedy wszyscy wykonają ostatnie zadanie, a potem wszyscy ruszą w wyznaczone miejsce. Nic konkretnego wam nie powiem, nie mogę.
-Dobra, jakoś damy rade-odezwał się Garry.
-Jakby coś poszło nie tak przyjdę po was, wiem gdzie będziecie-zaśmiał się i pokazał na tablet.-Dobra wracajcie do mapy-dodał ,a oni zajęli się studiowaniem czerwonej kartki z drogą i rysunkami.
-To musimy iść w tamtą stronę!-pokazała na lewo Samanta. Wszyscy razem studiowali i układali plan, oprócz mnie. Nie czułam się z tym dobrze, ale nie miałam najmniejszej ochoty na tą całą zabawę. Żałowałam, że nie wymyśliłam żadnej choroby, może wtedy mogłabym zostać w motelu.
-Grupy proszę udać się na wasze miejsca startu-oznajmiła Davis,a Vicky pomachała mi, odmachałam jej i podeszliśmy pod swoje "wejścia" do lasu.
-Czas strat!-dodała Stewart, a wszyscy ruszyli zgodnie z mapą. Rzeczywiście przez kilka metrów ciągnęły się czerwone symbole, które wskazywały, że idziemy dobrą drogą. Szliśmy lasem jakieś sto metrów kiedy przed nami pojawiło się gigantycznie wielkie drzewo, które zostało przewrócone i tym samym torowało nam drogę.
-Nasza droga prowadzi przez to drzewo, są czerwone plamki, musimy przeskoczyć-powiedział Garry.
-To ja i Bill pójdziemy pierwsi i potem podacie nam dziewczyny, bo trudno będzie samemu przez to przejść-oznajmił Mike.
-To ja cie podsadzę idziesz pierwszy-powiedział Bill ,a Mike stanął mu na ręce, Bil go podniósł i Mike mógł wdrapać się na pień drzewa i przejść na druga stronę. Kolejny był Bill.
-Dobra teraz Des, my cie podsadzimy a oni cie odbiorą-powiedział James. Pokiwałam głową. Musiałam wziąć się w garść, nie mogłam pozwolić na to ,że moja grupa przegra przeze mnie, to nie ich wina, że miałam pecha. Podeszłam bardzo blisko drzewa. Garry i James podnieśli mnie z dwóch stron, ja chwyciłam się drzewa w razie jakbym miała upaść, a oni mnie posadzili na pniu. Z drugiej strony czekali chłopcy i ściągnęli mnie stamtąd. Bądź co bądź nie było w cale tak nisko. Na pewno jakiś metr sześćdziesiąt. Kolejna była Samanta,a potem reszta,. Bill miał zegarek i mówił ,że upłynęło nam już prawie piętnaście minut. Spojrzeli na mapę i kontynuowaliśmy marsz. Nagle stanęliśmy przed polanką pełną pokrzyw, które sięgały ponad
dwa metry.
-Świetnie, czy to są żarty?-spytała Samanta-czerwone znaki mówią, że mamy iść przez te krzaki?-zapytała zniesmaczona-Ale jak?
-Tam są jakieś patyki musimy je jakoś porozkładać na boki aby przejść-odezwałam się wskazując palcem na leżące kawałek wcześniej wspomniane przedmioty.
-Dobra myśl-pochwalił Bill  i poszli wziąć patyki.
-My się tym zajmiemy wy trzymajcie mapę-powiedział Mike i wzięli się za ugniatanie i ścinanie ogromnych pokrzyw. Uwinęli się z tym o dziwo szybko i mogliśmy pokonać drogę przez rośliny. Kilka razy poczułam poparzenie, ale nie zwróciłam na to zbytnio uwagi, przecież pokrzywy są zdrowe. Przez następne kilkadziesiąt metrów drogę mieliśmy trochę krętą ale bez żadnych przeszkód.Ciągle odchodziły jakieś dyskusje. Znaleźliśmy się przy dobrze znanym nam już strumyczku.
-No co teraz robimy?-spytał Mike.
-Musimy wymyślić jak przez to przejść-odpowiedział Steven.
-Brawo geniuszu-burknął Mike, a ja zachichotałam. Pierwszy raz od jakiegoś czasu z moich ust wyleciał śmiech. Podeszłam bliżej drzewa i poczułam jak coś dotyka moich włosów. Wystraszyłam się i podniosłam wzrok ku górze. Zwisała jakaś czerwona karteczka. Zerwałam ją i odczytałam.
"Pokonajcie strumyk na SUCHO! 
Podpowiedź :Przez nią pieski małe dwa wpadły do rzeki" 
Zaśmiałam się z podpowiedzi, po oraz drugi dzisiaj i wytężyłam umysł.Przez nią pieski małe dwa...
Pieski małe dwa chciały przejść przez rzeczkę.. Kładka! Tak! Tu musi być kładka.
-Słuchajcie dali nam jakąś wiadomość, musimy zrobić z czegoś kładkę, bądź ta kładka gdzieś tutaj leży.-powiedziałam i podałam kartkę Billowi.
-Z podpowiedzią na bank pomysł Stewart-zaśmiał się-Szukamy czegoś stabilnego po czym możemy przejść-powiedział i zaczęliśmy szukać jakiejkolwiek deski czy czegoś takiego.
-Mam!-krzyknęła po kilku minutach Samanta. Podeszliśmy do niej, a o drzewo oparta była drewniana deska, która  była tak pomalowana, że ledwie różniła się od pnia drzewa. Chłopaki zabrali rzecz i zmontowali jako most.
-Wy pierwsze-oznajmił Garry. Więc najpierw przeszłam ja, potem Samanta, a potem reszta.
-Dobra jesteśmy już niedaleko-powiedział Bill-Tędy-wskazał po chwili i ruszyliśmy za nim.
Droga ciągła się dobre dziesięć minut i widziałam jak zbliżamy się do końca lasu, a w oddali było widać niewielkie wzniesienie. Ciekawe jakie przygody będą czekały nas teraz...?
Szliśmy jeszcze chwile czasu idąc małą wydeptaną ścieżką, aż do małej góry.
Na dużym patyku była przyczepiona czerwona kartka. Mike zabrał się za czytanie.
-Okej, teraz ważna sprawa-zabrał. Mamy tutaj siedem zabezpieczeń, które każdy musi założyć i przypiąć do tej o to liny-pociągnął za wspomnianą wcześniej rzecz-oraz siedem kasków. Zasada jest taka, że wychodzimy w trzymetrowej odległości od siebie i każdy ma mocno trzymać się liny i lekko się pochylić do tyłu i po prostu wychodzić. Ja was wszystkich przypnę a na końcu idę ja, bo ja brałem udział w spinaczach i tu piszą, żebym szedł ostatni. Uważamy bo kamienie czasem robią psikusa i sypią się na dół ,wiec bądźcie ostrożni. Pamiętajmy ,że liczy się czas, dlatego nie bójcie się iść. A teraz do mnie, dziewczyny na końcu, a to dlatego, że chłopcy zrobią trasę i oni pójdą szybciej-zakończył, a ja zmarszczyłam brwi. "A co to my gorsze!" oburzyłam się, ale nie odezwałam się ani słowem. Mike nakazał założyć kaski,a po chwili sprawdzał czy się dobrze zapieliśmy. Pierwszy ruszył Steven, a dwa metry za nim James. Szło im nieźle, ale widziałam, że mocno napinali mięśnie, aby się nie poślizgnąć. Niby nie wielka i nie stroma góra, a są kłopoty. Ostatnim chłopakiem był Bill kiedy Mike pozwolił mu ruszyć.
-Samanta chodź-powiedział do blondynki, a ta posłusznie wykonała polecenie. Nie obeszło się bez pytań czy nic się nie stanie, ale w końcu ruszyła, była bardzo skupiona i szło jej dobrze. Zastanawiałam się czy to na pewno ona.
-Des teraz ty-powiedział przywołując mnie. Podeszłam z założonymi szelkami do wspinaczki ,a on dobrze przypiął mnie do liny.
-Idź uważnie.-polecił, a ja pokiwałam głowa.-W razie jakby co będę cie asekurował-dodał ,a ja przewróciłam oczami.-Wiem, że tobie pójdzie dobrze w końcu jesteś Tomlinson-zaśmiał się, a ja to odwzajemniłam. Po sekundzie zaczęłam się wspinać. Miał racje drobne kamyczki sypały się pod butami, ale nie było aż tak źle. Kiedy byłam pewna ,że dam sobie rade przyśpieszyłam, ale tak by zachować odpowiedni odstęp od Samanty. Chłopaki już ją odpinali i wyszłam ja. Ta górka miała chyba jakieś trzydzieści metrów, nie była stroma ,ale i tak widok z góry nie był pocieszający. Zobaczyłam na środku nauczycieli którzy zwrócili się w nasza stronę. Byliśmy jedyną grupą na górze.
Bill odpiął mnie i się uśmiechnął.
-Praktycznie wygraliśmy czekamy na Mike'a-powiedział dumnie i po chwili na wzniesieniu pojawił się nasz kolega który zaczął odpinać sprzęt. Znaleźliśmy się na polanie, gdzie trawa miejscami sięgała ponad kolano i były jakieś dziwne rośliny, pnącza, przyczepiające się do butów i spodni. Nagle po drugie stronie zobaczyliśmy grupę Victorii jak się zbliża.
-Biegniemy tam jest meta!-krzyknął Bill wskazując na miejsce na środku pokolorowane na żółto. Nauczycielki i Zayn zdążyli się odsunąć i krzyczeli, że teraz chwila prawdy. Wszyscy ruszyliśmy biegiem, ale tylko ja zostałam. Moja nieszczęsna noga została zaczepiona i poczułam ostre szarpniecie, potem upadek, uderzenie głową o glebę i krzyk..
-DES!-to był chyba Zayn. Odleciałam.
______________________________________________________________________________
o cholera!
NO NIE MOGĘ! DODAŁAM ROZDZIAŁ! OGŁOŚCIE ŚWIĘTO NARODOWE, HYMNY MARSZE, APELE, BALE, TAŃCE, TOŻ TO CUD :D

Dobra a teraz tak całkiem serio.
PRZEPRASZAM...
zawaliłam z rozdziałami ,ale nie miałam jak tego napisać, co otwierałam dokument to nic, nic nie wychodziło
z mojej durnej, pustej makówki, dopiero potem coś tam wystukałam więc nie dziwcie się, że rozdział jest jaki jest...

Mam nadzieję, że teraz będzie tak dużo KOMENTARZY ile było pytań na asku "KIEDY ROZDZIAŁ" ;D
ale serio, po mojej własnej barkowo-natchnieniowo-chwilowo-i-wenowo porażce
przydadzą mi się komentarze, które może coś zdziałają :)
KOCHAM WAS MOCNO JESTEŚCIE NAJLEPSZE!

piątek, 1 sierpnia 2014

Wyjeżdżam na tydzień!

Jutro wyjeżdżam na tydzień, w związku z czym rozdziałów nie będzie ani tutaj ani na Bally
Dobranoc.

wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 47

-I po co się tak unosisz.-mruknęłam.
-Bo widzę jakieś kurwa czerwone plamy-odparła.
-Może jestem uczulona na jakieś zielsko-wzruszyłam ramionami, a ona popatrzyła na mnie mrużąc oczy.-Pewnie jak robiłam to zdjęcie wczoraj ,to  się o coś otarłam i przez noc mi wyskoczyło, a jeżeli już tak to wszystko cie interesuje, to nic mnie nie boli!
-Oh skoro to uczulenie to chodźmy powiedzieć ,żeby zbadał cie lekarz, nie wolno tego lekceważyć!
-Nigdzie.Kurwa.Nie.Pójde. I ani mi się waż wypaplać to wszystko.-warknęłam patrząc na nią wściekłym spojrzeniem. Nie chciałam się tłumaczyć, bo oczywistym było ,że jeżeli jakikolwiek lekarz by mnie zbadał od razu zorientował by się ,że to nie żadne uczulenie.
-Des nie możesz zawsze być taka uparta.-mruknęła przyjaciółka. Zauważyłam, że Zoe i Jasmine wróciły na swoje łóżka. Pewnie nie chciały nam przeszkadzać w tej konfrontacji. A raczej bitwie.
-Doskonale wiesz ,że mogę i jestem, nie będzie mnie nikt badał, bo nic mi nie jest i chodźmy już, bo jestem głodna-warknęła rozdrażniona.
-Des, widać ,że nie jest dobrze, nawet się nie wymalowałaś.-powiedziała zdecydowanie ciszej.
-I to znaczy tyle, że źle się czuje? Może po protu nie chciało mi się malować?-wzruszyłam ramionami i nie czekając na dziewczyny wyszłam z pokoju z delikatnym trzaśnięciem drzwi. Zeszłam po schodach i energicznym krokiem ruszyłam na stołówkę. W pomieszczeniu znajdowali się chłopcy i kilka dziewczyn z naszej klasy, byli też inni goście motelu i trójka naszych nauczycieli, w tym Zayn. Kiedy mnie zobaczył na
początku sali przestał jeść i wpatrywał się we mnie bardzo intensywnie. Od razu przypomniała mi się nocna sytuacja, wiedziałam  jednak ,że nie mogę płakać, przecież zawsze uciekałam do łez. Podeszłam pod szwedzki stół, sięgnęłam po talerz, nasypałam garść płatków zbożowych, dolałam trochę mleka i usiadłam przy wolnym stoliku oddalonym od wszystkich. Zaczęłam mieszać łyżką w talerzu i zastanawiałam się czy powiedzieć o tym Victorii czy lepiej zostawić to tak jak jest? Wiem, że ona nie da mi spokoju
i będzie mnie męczyć pytaniami dlaczego tak dziwnie się zachowuje. Mam przeczucie ,że jej reakcja nie byłaby spokojna gdyby się o tym dowiedziała. ALE CHYBA NIE MA SIĘ CO DZIWIĆ.
Czułam ,że ktoś się we mnie wpatruje. Podniosłam głowę. Miałam rację. Zayn patrzył na mnie. Pewnie chciał się upewnić, że nie zrobiłam nic głupiego, że ze mną nie jest tak źle jak wczoraj, Wiedziałam ,że jego wzrok spoczął na mojej poranionej szyi, dlatego naciągnęłam bluzę do tyłu, aby możliwie jak najbardziej zakryć ślady. Powoli zaczęłam jeść swoje śniadanie i odpłynęłam w swój własny świat. Co zrobiłby Louis gdyby dowiedział się o tej sytuacji? Mam nadzieję ,że Zayn zachowa to dla siebie i nie wygada tego nikomu. Nie chciałabym znów rozmawiać z policją, a jestem święcie przekonana, że to byłoby pierwsze co zrobiłaby moja matka. Nie spytałaby czy dobrze się czuje, a zadzwoniłaby po kolegów "po fachu", a oni z tymi swoimi notesikami pytaliby o każdy najmniejszy szczegół. Nie miałabym siły z nimi o tym rozmawiać, nie miałabym nawet ochoty. Tak się zastanawiam, czy ja urodziłam się pod pechową gwiazdą? Najpierw przeze mnie zginął mój ojciec, moja matka wpadła w wir tej swojej zakichanej pracy, zdradził mnie Max, później to całe zamieszanie z Alexem ,a teraz próba gwałtu przez jakiegoś obrzydliwego pijaka w lesie. Przezwisko "Szczęściara" raczej nie jest dla mnie. Kończyłam już jeść swój posiłek kiedy ktoś zaczął potrącać za moje ramie.
-Mówię do ciebie od dwóch minut a ty nic.-powiedział z wyrzutem przyjaciółka.
-Wybacz zamyśliłam się-bąknęłam obojętnie.
-Widać, a nad czym się tak zamyśliłaś?-spytała podejrzliwie.
-Nad wszystkim.-odparłam i wstałam zabierając pusty talerz, aby odnieść go w wyznaczone miejsce dla brudnych naczyń. Po chwili wróciłam do stolika. Dziewczyny jadły swoje śniadanie.
-Des cholera jasna, co się z tobą dzieje, jesteś inna.-powiedziała Victoria, wiedziałam ,że ta cała sytuacja powoli ją drażni, z resztą mnie też.
-Nic się nie dzieje i przestań mnie ciągle o to pytać Victoria-warknęłam.
-Kolejny powód na to ,że coś jest nie tak-odwarknęła, a ja popatrzyłam na nią pytająco.-Powiedziałaś do mnie Victoria.
-Bo to jest twoje imię. Przynajmniej tak masz napisane na wszystkich dokumentach.
-Ale nigdy nie mówiłaś do mnie w pełnym imieniu, zawsze skrótem.
-Jedz już i skończ mnie denerwować VICKY.-powiedziałam zdenerwowana naciskając na ostatnie słowo. Przyjaciółka chciała coś powiedzieć, ale popatrzyłam na nią srogim wzorkiem i wróciła do jedzenia. Na stołówce byli już wszyscy i panował spory gwar.
-Pójdę na chwile do pokoju, zobaczę czy nikt nie dzwonił-wymyśliłam na szybko i nie czekając na to co powiedzą moje współlokatorki opuściłam sale. Wychodziłam powoli po schodach i usłyszałam:
-Des zaczekaj!-poznałam po głosie ,że to Zayn. Nie byłam pewna ,czy jestem w stanie dzisiaj z nim rozmawiać. Nie odezwałam się nic, tylko kontynuowałam pokonywanie kolejnych stopni. Poczułam delikatne szarpnięcie za przedramię, a w raz z nim stado dreszczy. Musiałam się zatrzymać.
-Tak?
-Możemy chwilę porozmawiać?-spytał ,a ja pokiwałam głową. Przecież tak chciałam rozmawiać z Zayn'em, szkoda tylko ,że na tak głupi temat.
-Ale nie tutaj-powiedziałam.
-Chodź-nadal trzymał moje przedramię i dał mi do zrozumienia abym ruszyła za nim. Znaleźliśmy się za rogiem jakiegoś korytarza na drugim piętrze.
-Des, pewnie się domyślasz o czym chce rozmawiać-zaczął Zayn, a ja kiwnęłam głowa.-Powiedz mi jak się czujesz.
-Jak mam się czuć?-odpowiedziałam mu pytaniem.
-Wiem, że było to głupie pytanie, ale ja muszę wiedzieć, muszę.
-Nie czuje się najlepiej, wciąż mam to w głowie, ale nie wpadnę w depresje dzięki tobie.-on popatrzył na mnie zaskoczony-Ty mnie przecież uratowałeś, więc nie skończyło się to tak jak miało się skończyć. Dziękuje-dodałam. I to była prawda. Gdyby temu facetowi udało się mnie zgwałcić, nie byłabym już tym samym człowiekiem. Straciłabym zaufanie do wszystkich ludzi i zamknęła się w sobie. Na szczęście pojawił się On i mi pomógł. Chciałabym mu to jakoś wynagrodzić, ale nie miałam pojęcia jak. Zwłaszcza ,po tym co zaszło między nami w ciągu tych ostatnich dni.
-Te ślady na szyi-powiedział ostro delikatnie przejeżdżając po nich palcami, ale szybko przestał to robić.
Nie wiem co wtedy poczułam. Sparaliżował mnie strach przed dotykiem, a z drugiej strony było to zadowalające czuć jego dłonie, ciepłe dłonie.... To było dziwne.
-One zejdą-mruknęłam cicho i zakryłam je ponownie bluzą.
-Wiesz, że powinienem powiadomić o tym twoją mamę-nie chciałam usłyszeć tych słów, bardzo nie chciałam. Wydawało mi się jakby Zayn zaczął uciekać wzrokiem.
-Proszę, nie-błagałam cicho.
-Ale...
-Nie musisz, przecież to najgorsze nie miało miejsca, nie chce mieć znów kolejnych problemów z nią, z policją, chcę o tym zapomnieć. Dlatego błagam cie Zayn, nie mów o tym nikomu. Proszę. Nie mów. Zrozum mnie. Proszę-mówiłam z przerwami. Ile razy padło słowo `Proszę`? W moich oczach już zbierały się łzy, ale nie pozwoliłam im spłynąć, nie mogłam na to pozwolić. Zayn nie odezwał się przez chwile tylko się we mnie wpatrywał. Pewnie podejmował decyzje.
-Dobrze. Nie powiem o tym nikomu, ale obiecaj mi ,że nie będziesz o tym myśleć, że nie będziesz przez to smutna.-powiedział twardo.
-Obiecać?-spytała szeptem.
-Obiecaj.-nakazał.
-To trudne.
-Twój wybór.-musiałam się chwile zastanowić. Nie chciałam aby ktoś się o tym dowiedział, a przecież nie zapomnę o tym w dwa dni.
-Obiecuje-mruknęłam. Zayn kiwnął głową.
-Mam nadzieje ,że dotrzymasz obietnicy, będę miał cie na oku-powiedział i odszedł korytarzem. Pewnie musiał wrócić na stołówkę. Nie chciałam ,żeby odchodził, chciałam aby mnie przytulił, może pocałował, tak jak zrobił to kiedyś. Wydawało mi się ,że to właśnie pomogłoby mi wrócić do normalności, pomogłoby mi zapomnieć, nawet jeśli teraz będę bała się obcego dotyku, to wiem ,że jego dotyk mógłby mi pomóc. Tak czuję. Ale przecież Zayn nie mógł tego zrobić ,na pewno nie tutaj. Nawet śmiem twierdzić, że już nigdy tego nie zrobi, nigdy mnie nie przytuli, nie pocałuje, a ta myśl bolała i raniła mnie wewnętrznie. Ale chyba sama zawiniłam, nie mogłam mieć tego za złe. Westchnęłam i cicho ruszyłam na dół do naszego pokoju. Nie wzięłam nawet kluczy od Zoe jednak nacisnęłam na klamkę. Było otwarte.
Weszłam do środka, a na łóżkach siedziały dziewczyny.
-Miałaś iść do pokoju-od razu wyskoczyła Vicky.
-Wiem, ale tego nie zrobiłam, byłam zaczerpnąć trochę powietrza.-odpowiedziałam normalnie. Sięgnęłam po telefon, który leżał przy moim łóżku i zobaczyłam nieodebrane połączenie od mamy. Z telefonem w ręku udałam się do łazienki, aby oddzwonić.
-Des, czemu nie odbierałaś?!-zapytała mama.
-Jadłam śniadanie, a nie mam gdzie schować telefonu, nie mam kieszeni.-wytłumaczyłam.
-Okej. Powiedz jak tam macie? Wszystko jest w porządku?
-Tak mamo, wszystko jest super, mamy zadania, mieliśmy ognisko, świeże powietrze. Niebo-i piekło.
-Chyba tego świeżego powietrza ci zazdroszczę. Musimy pojechać do babci na wieś.-kiedy mama powiedziała ostatnie zdanie uśmiechnęłam się. Sama z chęcią pojechałabym do babci, tak dawno jej nie widziałam bardzo mi jej brakuje, a jestem pewna ,że jej ramiona byłyby idealną ostoją i pocieszeniem.
-Tak, masz racje-uśmiechnęłam się.
-Des twój głos jest jakiś smutny-powiedziała poważnie.
-Nie, wydaje ci się ,po prostu się nie wyspałam-skłamałam na szybko.
-No dobrze, a wiesz co dzisiaj będziecie robić?
-Nie, musimy zejść na dół i tam się pewnie dowiemy mamo.
-Wracacie w piątek wieczorem tak? Mam cie odebrać?
-Tak w piątek ,a z resztą zadzwonię ci i wszystko powiem. Teraz muszę iść. Kocham cię Mamo pa.
-Kocham cię córeczko-usłyszałam i rozłączyłam się. Wyszłam z łazienki i rzuciłam telefon na łóżko. Vicky wpatrywała się we mnie skupiona.
-Gadałam z mamą-powiedziałam.-Idziemy już na dół?-spytałam.
-Tak-odpowiedziała i wszystkie cztery opuściłyśmy pokój. Zoe klucz oddała na recepcji i usiadłyśmy na głównym holu.
-Ciekawe co dzisiaj będziemy robić-zaczęła Jasmine.
-No własnie, teraz tylko czekać na informacje.-odparła jej Zoe. Szczere mówiąc dzisiejszy plan dnia miałam bardzo daleko w tyle. Najchętniej rzuciłabym się na łóżko i zasnęła uciekając od beznadziejnych wspomnień minionej nocy i tych dziwnych myśli krążących wokół osoby Zayna.
-Skoro już wszyscy jesteście gotowi ,dzisiaj będzie jedno główne zadanie które zajmie wam sporo czasu. Dostaniecie mapy każda grupa ma swój kolor taki jak przy namiotach. Wyruszacie z różnych miejsc, my jako wasi opiekunowie was tam zaprowadzimy, ale do celu musicie dojść sami. Nie możecie oszukiwać. Każda grupa musi wybrać kapitana, który dostanie od nas zegarek z nawigacją, więc jeżeli zboczycie z drogi my się o tym dowiemy bo wyświetli nam się to na ekranach tabletów i grupa zostanie zdyskwalifikowana, tak samo w przypadku wyłączenia zegarka bądź zgubienia. Drogi nie są niebezpieczne, ale mogą was czekać małe przeszkody.-powiedziała pani Stewart. Gdybym była w dobrym nastroju ten pomysł na pewno by mi się spodobał.
-Kto chce być kapitanem grupy?-zapytał Oscar.-Des chcesz nim być?-zwrócił się do mnie.
-Nie, ja nie, może Mike lepiej się nadaje ,albo Bill-odpowiedziałam markotnie i odsunęłam się na bok. Popatrzyli na mnie dziwnie ale zaczęli się naradzać i kapitanem został Bill. Wręczyli nam czerwoną mapę z narysowanym planem lasu i okolic oraz grubą zieloną linia ,po której mamy się poruszać, aby dojść do celu.
-Więc drużyny ruszamy na miejsca-powiedziała Davis po wręczeniu tych zegarków z nawigacją. Ciekawe skąd szkoła ma na takie gadżety, a z resztą co mnie to interesuje? Jak cień ruszyłam za moim zespołem i po chwili podszedł pode mnie Oscar.




poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 46- tak na przeprosiny drugi rozdział w ciągu dnia ;c

Zayn
Wyszedłem na papierosa i znalazłem się w lesie, wiem ,że nie powinienem tam palić, ale gdzieś musiałem, potrzebowałem tej minimalnej dawki nikotyny. Maszerowałem leśnymi ścieżkami i wsłuchiwałem się w cisze jaką dawał mi las. Od kilku dni mam strasznie zły humor i doskonale wiem czym to jest powodowane. Des albo już ma chłopaka, albo zaraz go będzie miała, a ja wygłupiłem się mówiąc jej że się nią interesuje, że
zawróciła mi w głowie. Pewnie w jej oczach byłem jako idiota. Postanowiłem się już do niej nie zbliżać w ten sposób, w końcu nie mogę mieć jej za złe tego ,że woli rówieśnika niż o dziesięć lat starszego i to w dodatku nauczyciela. Powinienem to przemyśleć za nim ją pocałowałem, za nim dałem się pocałować i za nim cokolwiek jej wyznałem. Mam nadzieje ,że w końcu przestanę o niej myśleć. Muszę tylko jakoś
przeżyć wesele Louisa, skończyć prace w tej szkole i potem jakoś już będzie.
Musi jakoś być.
Kiedy wyrzuciłem niedopałek i zgasiłem go butem chciałem wracać z powrotem do motelu, bo zawędrowałem za daleko, jednak coś mnie zatrzymało. Zdawało mi się jakbym słyszał jakieś krzyki.
Przystanąłem i wytężyłem słuch. Wyraźnie usłyszałem słowo "pomocy" i zacząłem biec w północnym kierunku z którego dobiegały krzyki. Biegłem między drzewami, a liście wraz z gałęziami ocierały się o moje ciało, nie dbałem jednak oto, wiedziałem ,że ktoś jest w niebezpieczeństwie. Chwilkę po tym usłyszałem jakiś męski głos, przyśpieszyłem i zobaczyłem jak na drodze leży mężczyzna, a pod nim jak się domyślałem, dziewczyna.
-Zostaw ją!-krzyknąłem i złapałam za ubrania tego faceta rzucając go na bok. Kiedy zobaczyłem kim była ta dziewczyna zmarłem.
To Des!
W tamtym momencie czułem ,że zmieniam się w chodzącą furię. Dziewczyna patrzyła na mnie zaszklonymi oczami, miała rozerwana bluzkę. Musiałem coś zrobić. Obróciłem się i uderzyłem tego mężczyznę z całej siły, jaką miałem, w twarz. Upadł, czułem alkohol, był pijany. Miał siwe włosy, pomarszczoną skórę i długą brodę dotykającą klatki piersiowej. Nie był to miły widok.
-Kurwa, odbiło ci człowieku!-syknął trzymając się za twarz. Uklęknąłem przy nim i uderzyłem go jeszcze raz i jeszcze i jeszcze , kiedy chciałem zrobić to ponownie usłyszałem głos Des:
-Nie rób tego Zayn, będziesz miał problemy-czułem ,że zraz zacznie płakać, było to wyraźne w jej głosie. Nie uderzyłem tego faceta kolejny raz, tylko podnosiłem się i jeszcze go kopnąłem. Chciałem więcej ,ale wiedziałem ,że Des ma racje, nie mogłem go bić, nie przy Des.
-Wypieprzaj stąd!-nakazałem. Facet powoli się podnosił. Z jego twarzy płynęła krew, ale nie przejąłem się tym.-No już!-warknąłem głośniej.
-Nie wiedziałam ,że ta suka to twoja laska-wybełkotał ,a we mnie się zagotowało.
-Mam ci pomóc stąd wypierdalać?!-warknąłem i złapałem go za kawałek ubrania,  facet spłoszył się i ruszył drogą dalej w las, nawet przyśpieszył kroku. Podszedłem do Des i wyciągnąłem do niej dłoń.
-Nic ci nie jest?-spytałem kiedy chwyciła się mojej dłoni. Poczułem znajome ciepło wokół miejsca, gdzie był jej dotyk. Podniosłem ją, a ona nie odpowiedziała na moje pytanie tylko bardzo mocno się we mnie wtuliła. Miałem się do niej nie zbliżać, miałem przestać o niej myśleć ale wiedziałem ,że w tamtej chwili mnie potrzebowała. Zaczęła się cała trząś i słyszałem jak cicho płacze w moją klatkę piersiową. Objąłem ją rękami pocierając jej plecy. Jej głowa znajdowała się pod moją brodą.
-Już po wszystkim, spokojnie, już po wszystkim, nic ci nie grozi-mówiłem w czubek jej głowy. Po chwili oderwała się ode mnie mały kawałek, a ja w świetle księżyca doskonale widziałem jej załzawioną twarz. Nie myśląc za wiele, kciukiem starłem jej łzy. Louis mówił ,że ona nigdy nie płacze, chyba ,że coś na prawdę ją dotknie i złamie. Widok jej płaczącej bolał. Chyba znienawidziłem jej łzy, bardzo znienawidziłem.
-Nie płacz już, wszystko dobrze, jego nie ma i nic ci nie grozi-powiedziałem ponownie.-Ja jestem przy tobie-dodałem za nim w ogóle przemyślałem jak to zabrzmiało.
-Dzi-dzię-ku-kuje-wyjąkała i sama przetarła twarz rękami.
-Dlaczego wyszłaś sama w nocy?-zapytałem. Przecież to było niebezpieczne. Nie chodzi mi tylko o to ,że ktoś mógłby chcieć ją zgwałcić, ale choćby jakieś niebezpieczne zwierze mogłoby się przyplątać nocą.
-Musiałam wyjść na spacer, musiałam nad wszystkim pomyśleć-powiedziała i popatrzyła w moje oczy. Czułem ,że wpatruje się w nie bardzo głęboko. "Zayn opanuj się, wcale nie chcesz jej pocałować, nie możesz, nie teraz!" mówiłem do siebie.
-Akurat w nocy?-zapytałem szybko aby odwrócić swoją uwagę od jej oczu.
-Nikt mi nie przeszkadzał, w nocy myśli się najlepiej.-zmarszczyłem brwi-A ty co robisz w lesie o tej porze?
Tu mnie ma, nie wiedziałam jaką dać jej odpowiedź.
-Ja też musiałem pomyśleć-odpowiedziałem ,na co ona niewyraźnie się uśmiechnęła. Wolę nawet nie myśleć co by się stało, gdybym nie wyszedł z motelu. Louis by mnie zabił, gdyby jej się coś stało, gdyby została skrzywdzona, sam bym sobie tego nie darował. Zauważyłem jak cała się trzęsie ,a jej bluzka, jest cała rozdarta, przez co widać było jej prawą pierś w czarnym koronkowym staniku. Nie chciałem się patrzeć w tamto miejsce, nie powinienem tego robić. Szybko ściągnąłem swoją bluzę i zarzuciłem jej na ramiona.
-Musisz się rozgrzać-powiedziałem ,a ona znowu posłała niewyraźny uśmiech.
-Dziękuje Zayn, nie wiem co by się stało gdyby nie ty-wyszeptała.
-Już spokojnie, po wszystkim, nie myśl o tym.-zerknąłem na jej szyję i dostrzegłem ciemniejsze ślady, czerwone ślady. Zbliżyłem się i  ręką odchyliłem jej brodę do tyłu aby lepiej przyjrzeć się tym śladom.
-Dusił mnie-odpowiedziała na jeszcze nie zadane moje pytanie. Znowu się zdenerwowałem. Cholera jasna!
-Mogłem nie przestawać-warknąłem do siebie.
-Musiałeś przestać Zayn.
-Nie w takiej sytuacji.
-Musiałeś przestać-powtórzyła i spojrzała w niebo, rozgwieżdżone, piękne czarne niebo.
-Musimy wracać do motelu-powiedziałem w końcu. Des pokiwała głową i zaczęła iść w tamtą stronę. Szedłem za raz przy jej boku. Ciągle gryzło mnie to o czym przyszła tutaj myśleć, tak bardzo chciałem ją o coś zapytać, ale nie odważyłem się. Cisza trwała kilka minut, ale nie wiedziałam jak ją przerwać.
-Przepraszam cie Zayn-powiedziała Des, a ja zatrzymałem się i popatrzyłem na nią pytająco. Za co przeprasza?
-Za co?-spytałem.
-Za to wyjście na pizze, ja..
-Daj spokój, było minęło, rozumiem ,masz chłopaka, nie wracajmy już do tamtego dnia, wygłupiłem się i tyle-przerwałem jej.
-Nie!-zaprzeczyła.-Nie wygłupiłeś się i nie mam chłopaka, po protu z Nathanem umówiłam się dzień wcześniej, nie chciałam tego zmieniać, chociaż on mówił mi żebym z tobą poszła.-powiedziała, a ja rozszerzyłem swoje oczy. Mówiła mu o tym? Po co? Jak to mówił jej żeby poszła ze mną?
-Mówił ci abyś poszła razem ze mną?
-Tak, wbrew temu co wy wszyscy myślicie Nathan to nie mój chłopak i nigdy, nigdy nim nie będzie, on już kogoś ma.-powiedziała.
-Miley nic o tym nie wspominała.
-Bo ona sama nie wie, wiem tylko ja, miałam być cicho ,ale denerwuje mnie to gdy wszyscy wmawiacie nam to ,że jesteśmy razem ,albo ,że chodzimy na randki.
-Nie wiedziałem ,że on kogoś ma, myślałem...
-Wiem co myślałeś, ale to nie prawda-przerwała mi. Poczułem się bardziej ucieszony kiedy usłyszałem od niej te słowa.
-Byłeś zły? Na mnie?-spytała po chwili.
-Nie, nie na ciebie, ale na siebie.-tym razem ona zmarszczyła brwi.
-To znaczy?
-Stwierdziłem ,że nie potrzebnie z tym wyskoczyłem i zachowałem się jak idiota-wzruszyłem ramionami i kontynuowaliśmy nasz marsz do motelu.
-Nie prawda, nie zachowałeś się ja idiota, zachowałeś się bardzo miło, teraz trochę żałuje ,że nie mogłam z tobą pójść, dawno nie byłam na pizzy-uśmiechnęła się i odwróciła szybko głowę.
-Jeżeli chcesz kiedyś cię jeszcze zabiorę, ale poinformuj mnie czy nie masz wyjścia z Nathanem-powiedziałem. Mimo wszystko i tak chyba byłem o tego chłopaka zazdrosny. Bądź co bądź wybrała jego.
-Okej bardzo chętnie, nie mam zamiaru już wychodzić z Nathanem tak jak ostatnio, wtedy całkiem zostałabym bez ubrań-zaśmiała się.
-Bez ubrań?
-Nathan jest początkującym modelem ,wywietrzył mi szafę z połowy ubrań i potem wziął mnie na długie i męczące zakupy, powiedziałam, że przez najbliższy czas już koniec-zaśmiałem się z mimiki jej twarzy.-Nathan jest gorszy niż Victoria-skwasiła się.
-Nie przesadzaj, w klubie nie wyglądał na aż tak złego-tym razem Des zachichotała. Zorientowałem się ,że już byliśmy blisko motelu.
-Des czy wszystko już w porządku?-spytałem, a dziewczyna od razu posmutniała. Kurwa, mogłem jej o tym nie przypominać, bo choć na chwilę mogłem podziwiać jej wspaniały uśmiech.
-Chyba nie może być w porządku, będę to jakiś czas pamiętać-wyszeptała i ściągnęła bluzę przed drzwiami.-Dziękuje.-dodała i położyła ubranie na moich rękach.-Mam jeszcze jedną prośbę.-zwróciła twarz w moim kierunku.
-Jaką?
-Nie mów nikomu, NIKOMU o tym ,że Nathan kogoś ma, prosił o tajemnice, a ja to wypaplałam,
-Bez obaw, nic nie powiem-zapewniłem ją ,ale zastanawiałem się ,dlaczego tak to ukrywają? -Dobranoc Des-powiedziałem po chwili.
-Dobranoc-odparła i zniknęła za drzwiami budynku. Stałem tak jeszcze chwile ,aby nie było jakiś niedomówień. Po kilku minutach wszedłem do środka i udałem się do swojego pokoju. Znów w głowie miałem Des. Czy ja kiedykolwiek przestanę o niej myśleć? Czy to możliwe?
Rozebrałem się i wziąłem szybki prysznic. Będę musiał mieć teraz oko na Des, po tym co przeżyła, wiem ,że będzie to długo pamiętać, a moim zadaniem będzie do tego nie dopuścić. Ona musi to wyrzucić sobie z głowy, nie chcę aby miała po tym jakieś fobie. Koło dwudziestej trzeciej dwadzieścia położyłem się i szybko zasnąłem.
Des
Cicho weszłam do pokoju i pierwsze co zrobiłam to wzięłam swoją bieliznę, piżamę i poszłam pod prysznic. Miałam nadzieje ,że nie obudzę dziewczyn. Włosów postanowiłam nie myć, bo robiłam to kilka godzin wcześniej, ale musiałam zmyć to uczucie, uczucie tego faceta. Staranie i mocno szorowałam swoje ciało w miejscach w których mnie dotykał. Bolała mnie szyja od przyduszenia i łzy zaczęły mieszać się z wodą lejąca się z góry, kiedy miałam przed oczami jego twarz. Jetem tak wdzięczna Zayn'owi ,za pomoc, za to ,że był tam akurat on. Boję się pomyśleć co ten mężczyzna mógłby ze mną zrobić.  Może byłby zdolny mnie nawet zabić? Kto to wie.
Wyszłam spod prysznica, przebrałam się, a brudne ubrania zabrałam ze sobą aby móc je schować do reklamówki i nie pokazywać ich nikomu. Nie chce aby Victoria pytała mnie co się stało, nie chcę aby się martwiła. Położyłam się na łóżku i obróciłam na lewy bok. Ze wszystkich sił chcę zapomnieć o tym co mi się przytrafiło, ale boję się ,że nie dam sobie rady. W dodatku Zayn pobił tego człowieka, mam nadzieje ,że nie będzie miał przez to kłopotów, że nie będzie miał kłopotów przeze mnie. Wierciłam się z boku na bok dobrą godzinę aż w końcu zasnęłam.
-Des wstajemy, już ósma trzydzieści za pół godziny śniadanie-dobiegł mnie miły głos Zoe. Dobrze ,że nie budziła mnie Victoria, bo nie byłoby już tak miło.
-Okej-odparłam cicho i podniosłam się na rekach. Usiadłam, przetarłam oczy i wstałam z łóżka.-Gdzie Vicky?-spytałam.
-Ubiera się, teraz twoja kolej-odpowiedziała Jasmine. Podeszłam do szafy i wybrałam drugie dresy, t shirt i bluzę ubieraną przez głowę.
-Długo już tam jest?-wskazałam głową na drzwi od łazienki.
-No jakieś piętnaście minut ,ale mówiła ,że za chwile wychodzi i żeby cię budzić-odparła Zoe.
-Okej-powiedziałam cicho i oparłam się o ścianę.
-Coś jest nie tak Des?-spytał Jasmine. Cholera aż tak idzie poznać po moim głosie ,że nie jest dobrze?
-Nie, wszystko okej, ale w nocy nie mogłam zasnąć i nie czuje się zbyt dobrze.
-Jesteś chora?
-Nie-posłałam udawany uśmiech-Kiedy zjem śniadanie będę jak nowo narodzona-z trudem wychodziło mi grać to całe przedstawienie. Wreszcie z łazienki wyszła moja przyjaciółka, a ja żeby uniknąć pytań z jej strony szybko wparowałam do środka i zamknęłam drzwi. Przemyłam twarz wodą i ręce i zaczęłam się ubierać. Włosy związałam byle jak w koka i popatrzyłam w lustro. Na szyi były widoczne zaczerwienienia. Jak ja mam się z tego wytłumaczyć? Nie chce by ktokolwiek wiedział co tutaj zaszło.
Jakaś pojedyncza, niechciana i zagubiona łza słynęła w dół po moim policzku kapiąc na umywalkę. Potrząsnęłam głową.
Muszę być silna! Musze przestać o tym myśleć!
Mówiłam do siebie. Nie nałożyłam sobie ani odrobiny makijażu, nie miałam na to najmniejszej ochoty.
-Jestem gotowa-powiedziałam wychodząc z łazienki i zaniosłam piżamę na łóżko.-Idziemy?-spytałam dziewczyn, które siedziały na łóżku Zoe.
-Co ci się stało w szyje!?-zapytała spanikowana Victoria.
O nie...